Viva Las Vegas?
Las VegasMiesiąc w Stanach. Tak w skrócie to była chyba do tej pory najbardziej intensywna i urozmaicona podróż w moim życiu. Przekrój przez prawie wszystkie rodzaje krajobrazów (góry, doliny, pustynie, jeziora, ocean, wyspy), przez kilka stref klimatycznych (od zamieci śnieżnej i -5 stopni do palącego słońca w temperaturze +49 stopni C), przejechanych ok. 5000 km, 38 godzin spędzonych w samolotach. Widziałam zarówno słynne, wielkie miasta – San Francisco, Los Angeles, Las Vegas, jak i wspaniałe parki narodowe – Red Wood, Volcanic Lassen, niezwykle malownicze Bryce i Zion, pustynną Death Valley, imponujący Grand Canion. Byłam także na moich wymarzonych od dawna Hawajach. A wrażenia?

To było fascynujące po kilku godzinach monotonnej jazdy przez pustynię zobaczyć nagle wyłaniające się z niej morze kolorowych świateł i migających neonów – słynną stolicę hazardu Las Vegas. Kiedy oglądałam w kinie „Ocean Thirteen” zabawnie było zobaczyć te wszystkie miejsca, w których byłam wcześniej (przy okazji polecam film, naprawdę można się nieźle pośmiać ;)). Czułam się bardzo przyjemnie, kiedy mogłam przejść się słynną Aleją Gwiazd w Hollywood, pospacerować po molo w Santa Monica czy napić się pysznej czekolady na snobistycznej Rodeo Drive w Beverly Hills. Fantastyczny był dla mnie przejazd przez Golden Gate i jego widok w całej okazałości, a potem te chwile, kiedy podziwiałam wspaniałą panoramę San Francisco. To wszystko miało swój niewątpliwy urok, zresztą lubię duże miasta, bo wiele się w nich dzieje. Jeszcze ciekawsze były innego rodzaju przeżycia, takie, których doświadczyłam po raz pierwszy.

Niesamowicie widowiskowe przeloty helikopterami – w głąb Grand Canionu i nad hawajską wyspą Maui, ekstremalny, 60-cio kilometrowy zjazd rowerem ze szczytu wygasłego wulkanu o wschodzie słońca, z naprawdę dużą prędkością, czy niezwykle radosne doświadczenie, jakim było nurkowanie ze wspaniałymi, olbrzymimi żółwiami w wodach Pacyfiku. I to co w tej podróży zrobiło na mnie największe wrażenie – czas spędzony w tych wszystkich miejscach, które stworzyła natura raczej niż człowiek, miejscach, w których mogłabym godzinami zachwycać się bogactwem i różnorodnością kolorów i kształtów, miejscach, które dają poczucie wewnętrznej harmonii, spokoju i jedności ze wszystkim co istnieje.
USA
Momenty, kiedy wsłuchiwałam się w jedyną w swoim rodzaju muzykę mieniącego się całą gamą błękitów oceanu, a wilgotna bryza przyjemnie chłodziła rozgrzane dookoła powietrze. Noce na Hawajach, kiedy kładłam się do łóżka i przez otwarte drzwi balkonowe widziałam ocean skąpany w srebrzystej poświacie księżycowego światła, a fale rozbijające się o brzeg kołysały mnie do snu. Minuty, kiedy z białych chmur okalających krater wulkanu, wyłaniające się kawałeczek po kawałeczku słońce budziło nowy poranek. Wieczory nad oceanem, kiedy podziwiałam niewiarygodnie piękne, malowane zachwycającymi barwami na tle gasnącego nieba zachody słońca. Urzekające chwile, kiedy z szeroko otwartymi z niedowierzania oczami wpatrywałam się w bajecznie kolorowe formacje skalne w Death Valley i w parkach narodowych Bryce i Zion, nie mogąc uwierzyć jak perfekcyjnym i natchnionym rzeźbiarzem i malarzem jednocześnie jest natura. To właśnie te momenty, a przede wszystkim czas medytacji w Grand Canionie, były tym, co najbardziej mnie poruszyło i zmieniło we mnie coś na tym najgłębszym poziomie. Nie potrafię oddać słowami tego, co poczułam stojąc na krawędzi Wielkiego Kanionu – energia, która go otacza jest tak potężna, że jej doświadczenie jest niezapomnianym przeżyciem.

Czasem zmieniają nas wewnętrznie pewne przełomowe wydarzenia w naszym życiu. Wierzę, że podobne zmiany mogą wywoływać również miejsca o niezwykłej energii, takie jak te, które miałam okazję poznać podczas wyjazdu do Stanów. Dlatego gorąco Ci polecam podróże i podziwianie wszystkich zachwycających miejsc stworzonych przez naturę. Na pewno wzbogacą one kolekcję obrazów Twoich najwspanialszych wspomnień, a doświadczenie ich transformującej energii może w znaczący sposób wpłynąć na Twoje życie.